2012-01-12 23:13:00; Dodaj komentarz (0); Qrczak
W drodze powrotnej zatrzymali się. Pośrodku lasu, na wąskiej drodze, która jako jedyna prowadziła do domu.
- Co jest? Zapomniałeś czegoś? - spytał przyjaciel.
- Nie. Wszystko mam, poczekajcie chwilę.
Dochodziła trzecia godzina. Noc była ciepła, jak na końcówkę lata przystało. Wiatr lekko szumiał trącając liście drzew, co w połączeniu z absolutną ciemnością wzbudzało lekki niepokój u znajomych. Czekali w samochodzie. Nikt go nie prosił o postój. Stali tak dłuższą chwilę czekając na rozwój wydarzeń.
- Przesiądźmy się - poprosił przyjaciela, aby ten poprowadził samochód - mam dziwne przeczucie.
Ten bez pytania zasiadł za kierownicą. Niczego nie podejrzewając zapiął pas i ruszył.
Droga była długa, nikomu nie chciało się spać, więc starali się czymś się zająć. Rozmowa o wszystkim i o niczym, paczka chipsów i karty do gry.. Było miło, każdy śmiał się i żartował, czas mijał szybko.
I nagle.. STOP! Tuż przed maską samochodu zobaczyli postać w ciemnym ubraniu. Cudem zatrzymali się nawet go nie tknąwszy. Starszy mężczyzna nie sprawiał wcale wrażenia zagubionego. Wprost przeciwnie. Nigdzie się też nie śpieszył. Tak jakby na nich właśnie czekał. Wyglądał na poczciwego, a cerę miał zszarzałą i pomarszczoną. Zapewne od papierosów, których paczkę właśnie wyciągnął z kieszeni. Zachowywał się tak, jakby doskonale znał ich wszystkich. Podszedł do okna, dzięki czemu mogli się mu dokładnie przyjrzeć. Mieli wrażenie, że już wcześniej gdzieś go spotkali.
- Co ty *** wyprawiasz, człowieku?! Chcesz zginąć?!
- Spokojnie, nie trafiliście na mnie przypadkowo. Mam dla jednego z was coś ważnego. - odpowiedział spokojnie i powoli.
Jego głos był ciepły, ale stanowczy. Głęboki, ale nie budzący strachu. Z miejsca budzący zaufanie. Sięgnął do kieszeni z grymasem na twarzy, jakby chciał pożalić się na zatrważającą głębokość kieszeni tudzież liczbę nieprzydatnych rzeczy, które się tam znajdowały. Wyciągnął zapalniczkę. Po chwili, już z zapalonym papierosem, znów włożył dłoń do tej samej kieszeni i jednym szybkim ruchem wyciągnął niewielkie zawiniątko. Wszyscy patrzyli z uwagą. Starzec skierował na niego swoje przeszywające spojrzenie, jakby chciał zajrzeć przez oczy do wnętrza, i rzekł:
- Wiedziałeś, że mnie tu spotkasz, dlatego się przesiadłeś. Zadam ci teraz kilka pytań. Zapamiętaj je i odpowiedz sobie sam, kiedy będziesz gotów. - po chwili kontynuował - Czy wiesz co to znaczy naprawdę pokochać? Czy można pokochać więcej niż raz tę samą osobę? I wreszcie, czy owo „więcej niż raz” może zdarzyć się kilka razy w ciągu paru miesięcy? Znasz ją, prawda? - zaciągnął się papierosem - Jeśli na wszystkie odpowiesz „tak”, będzie to znaczyć, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Proszę - wyciągnął rękę i podał zawiniątko właścicielowi samochodu - to pomoże Ci znaleźć właściwą drogę.
- Ale…?
Nie zdążył skończyć pytania, bo ów starszy mężczyzna o zielonych oczach odwrócił się i zniknął w ciemnościach. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu.
- Ej, jedźmy stąd. Kto to w ogóle był?! - rzucił ktoś z tylnej kanapy. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Wszyscy milczeli. Nawet on, patrzył tylko przez szybę i znów na niewielki fragment materiału przypominający kształtem zawinięty cukierek. Nikt nie miał odwagi spytać, czym właściwie obdarował go tajemniczy starzec.
Nazajutrz odważył się otworzyć „prezent”. Jego oczom ukazał się.. zwyczajny kamień. Wziął go, obejrzał z każdej strony i już miał wyrzucić, kiedy zwrócił uwagę na wewnętrzną stronę zawiniątka. Otrzepał je z kurzu. Tam było coś napisane. Ładny, kaligraficzny wręcz krój pisma, starannie poprowadzona stalówka pióra układała granatowe litery w piękne słowa: „Odważ się. Jesteś jej wart”. Wtedy już wszystko zrozumiał.
Chwycił telefon i zadzwonił do niej. Odebrała nieśmiało. Rozmowę zaczął słowami:
- Wiesz kogo wczoraj spotkałem? Ten gość miał na imię Przeznaczenie..
2011-07-19 23:24:35; Dodaj komentarz (4); Qrczak
Wpatrzony w jeden punkt oddalony o przynajmniej kilka lat świetlnych uśmiechnął się tajemniczo.
- ej, stary, co Ci jest? – zapytał przyjaciel dopijając ostatni łyk piwa – znów to robisz.- co takiego? – jakby wybudzony z letargu odpowiedział niechętnie.- totalnie się wyłączasz, ja coś do ciebie mówię i nic nie dociera! - sorry, to znowu Ona…
Rozstawiony teleskop przygotowany do obserwacji nie był w stanie zainteresować go na tyle, aby odciągnąć go od powracających myśli. Nawet pomimo faktu, że uwielbiał przeczesywać kolejne skrawki nocnego nieba w poszukiwaniu nowych mgławic, planet, gwiazd. Tym razem tylko jedna Gwiazda była mu w głowie.
On.Nie mówi otwarcie o swoich przemyśleniach. Podobno to cecha charakterystyczna wszystkich spod znaku Wagi. Potocznie mówi się o robieniu dobrej miny do złej gry. Tu jednak chodzi o skryte sympatie i antypatie, o których lepiej nie mówić w towarzystwie. Z reguły więc zamknięty w sobie, skrywa głęboko swoje smutki i żale. Chętnie jednak śmieje się z dowcipów rzucanych przez kumpli. Dzieli z nimi zainteresowania, a ma ich wiele. W końcu tworzą zgraną paczkę.
Ona.Siedzi w jego myślach odkąd ją spotkał po raz pierwszy. Zupełnie przypadkowo. Okoliczności nie są jednak ważne, pamięta za to dosłownie każdy szczegół z tamtego spotkania. Pamięta Jej włosy, które delikatnie przeszkadzając prowokowały ją do odgarniania ich w niesamowicie kobiecy sposób. Jej oczy, z której głębi biła radość z życia i dobroć serca. I pamięta też usta. Prócz idealnego kształtu skrywały głos, który sprawiał, że nawet jego najtwardsze postanowienie, aby być asertywnym, traciło na ważności. Nic się nie zmieniła, a jeśli już, to tylko na lepsze.
Wyciągnął telefon, numer znał na pamięć, lecz sprawdził dla pewności, czy nadal jest wpisany w książce. Zaczął pisać smsa, lecz nie skończywszy natychmiast schował telefon do kieszeni. Znał siebie, uniknął tym samym niesfornej skłonności do grafomanii. Może to i dobrze. Nie można się wygłupiać, gdy swoje szanse ocenia się jako mizerne, lub żadne.
Z trudem oparł się pokusie spytania wprost, co Ty w nim widzisz dziewczyno?
- Która godzina? – znajomy zza teleskopu po raz kolejny próbował nawiązać kontakt. - będzie koło dwunastej… czekaj… o, kurcze… druga trzydzieści. Pora się zbierać. Zresztą, i tak już nie zasnę tej nocy.
2010-12-26 22:53:50; Dodaj komentarz (5); Qrczak
Sfera conscientia
Zamykam oczy... Głos oddaję myślom i wyobraźni. Wtedy one rysują obrazy wyjęte z marzeń lub przeszłości. Przypuszczeń i zaszłości. To dobry czas do podsumowań. Nie banalnych, których naokoło mamy setki. Polityki w tej sferze komentować nie wypada. Wyższy stopień świadomości zastrzeżony jest bowiem dla swoistego rachunku sumienia. Co w minionym roku zrobiłem wartościowego? Jakie miałem oczekiwania, i jakim rezultatem się skończyły? Jak traktowałem innych i jak oni mnie postrzegali? W każdym z nas siedzi podobna lista pytań, na które powinniśmy znać odpowiedzi. Oczywiście, dla każdego ta lista jest inna. Inne mamy przecież priorytety, systemy wartości, charaktery.
Nie zamierzam tutaj prawić komunałów, nie będę też wcielał się w postać księdza-amatora i głosił kazań anielskim głosem. Ci z kolei, którzy oczekują konkretnych wyznań, także poczują się zawiedzieni. O niczym w tej sferze nie mówi się wprost. Wszystko oparte jest na domysłach, porównaniach, odwołaniach, snach, alegoriach... Tu nie mówi się w żadnym ze znanych czasów; przyszłym, przeszłym, ani nawet zaprzeszłym. To sfera conscientia. Z łacińskiego oznacza świadomość, sumienie, ale także wyrzuty sumienia. Tutaj rzeczy materialne zdają się nie mieć znaczenia, a uczucia przybierają nową postać.
- Zamykam oczy... i znów myślę o wtedy... Kilka miażdżących, niewypowiedzianych. Niepoznane powracać będzie. A jednak w półkroku stojąc. Nie lubię się powtarzać. Boję się znów zrobić z siebie...
Odwagi. I dziwne, że akurat ja o tym piszę. Ten, przed którym jeszcze wszystko, a jednocześnie wszystko już być może za nim. Zróbcie sobie sesję z własnym sumieniem, całkiem na trzeźwo. Jak to jest być tym, kim jestem? Spójrzcie oczami kogoś z naprzeciwka. Warto się zmieniać? Spójrzcie z perspektywy czasu. Czy lepiej żałować czynów, czy faktu, że czegoś się nie zrobiło?
Takie podsumowanie powinien zrobić każdy z nas. To dobre dla równowagi ducha i ciała, a także całkiem niezły motywator do działania na przyszłość. Przełom roku to czas najbardziej odpowiedni dla noworocznych postanowień, a także weryfikacji tych postanowień z poprzednich lat. Zrozumcie wszystko, a zostaniecie zrozumieni. I nie otwierajcie oczu zbyt szybko, wychodząc z własnego conscientia. A tym, którzy od początku twierdzili, że ten tekst jest o miłości - podaję rękę z gratulacjami. Znowu mieliście rację, cholera.
2010-12-25 23:14:05; Dodaj komentarz (2); Qrczak
O zmysłach
Będąc na tegorocznej pasterce miałem okazję zbadać prawdziwość twierdzenia rzuconego przez Szymona Hołownię podczas jego wizyty u Kuby Wojewódzkiego. Rzekło się wtedy, że Kościół katolicki jest niesamowicie zmysłowy. Cenię sobie opinie publicysty Newsweeka. Niekiedy trącają radykalizmem, ale ta wydaje mi się dość… ekstrawagancka. Jednak nie do końca nieprawdziwa - a nawet wprost przeciwnie.
Do takiego wniosku doszedłem jeszcze przed końcem mszy świętej, która przepełniona była zmysłowością. Nie bardziej niż każda inna. Tym razem jednak zwracałem na to świadomą uwagę. I tak, mój zmysł powonienia pobudzony został już na samym początku, kiedy to wszyscy poczuliśmy zapach kadzidła. Unosił się powoli, rozchodził stopniowo w nawach kościoła, a ja sam poczułem go nawet na kościelnym placu. Dla jednych to było dość znośne, inni co chwilę wychodzili z zatłoczonego kościoła.
Dotyk. Tutaj niestety w tym negatywnym znaczeniu, ponieważ nienawidzę tłocznych miejsc, a szczególnie takich, gdzie nie mam możliwości swobodnej zmiany miejsca lub wyjścia. To nie jest żadna fobia, lecz zwyczajne nie tolerowanie naruszania mojej przestrzeni osobistej. Zadziwiające było przeciskanie się ludzi przy kolejce do komunii świętej. Przypominało to trochę owczy pęd. W rezultacie każdy zdążył, ale niektórzy byli wcześniej.
O bodźcach wzrokowych szczególnie rozpisywać się nie trzeba. Nie będzie tu ani słowa o ociekających złotem kościelnych ozdobach, witrażach, czy bogato wyszywanych ornatach liturgicznych, które skromne z wyglądu przecież nie są. Będzie o czymś innym. Od kilku lat tradycją jest, że pasterka to swoiste wydarzenie (pozdrawiam Facebook-owców), na które przychodzi przede wszystkim młodzież. Doskonała okazja, by nacieszyć oczy przystojnymi kolegami i seksownymi koleżankami. Można również kogoś zapoznać po wyjściu z kościoła, przy odrobinie dobrej woli.
W kwestii doznań smakowych Kościół również ma przygotowaną zróżnicowaną ofertę. Poczynając od samego wigilijnego opłatka, który – niestety – przeradza się powoli w produkt komercyjny, poprzez komunię świętą (która - jako towar uwarunkowany pewnym poświęceniem ze strony wiernych - nie stanie się komercyjna), kończąc na winie mszalnym, które z kolei w zdecydowanej większości przypada odprawiającemu mszę świętą. Przy odrobinie szczęścia można przyjąć komunię pod dwiema postaciami. Ciało i krew, czyli chleb i wino. W rzeczywistości opłatek umoczony do połowy w winie mszalnym. Tyle w kwestii smaku.
Najgorzej mają uszy. Przykro mi to pisać, ale ciągły spadek ilości wiernych uczęszczających regularnie do kościoła może być spowodowany ciągnącymi się jak gluty pieśniami, które zamiast nieść radość (piszę to na przykładzie polskich kolęd), powodują we mnie chęć wbicia szpilki w tyłek organisty, żeby przyśpieszył tempo przynajmniej dwukrotnie. Do tego dochodzi dykcja jednego z księży, który głosząc kazanie, każde – dosłownie każde – zdanie kończy z akcentem wznoszącym, tzn. w sposób pytający. Po trzech minutach albo przestajesz słuchać, albo masz ochotę na cały kościół wrzasnąć „O co ty mnie cały czas pytasz?!”
Ano pytam, drodzy parafianie, czy jest jeszcze ktoś, kto nie rzucił na tacę?
2010-12-20 18:33:48; Dodaj komentarz (2); Qrczak
Trzeci żywot... karpia
Jadąc dzisiaj samochodem posłuchałem nieco anteny Polskiego Radia. Dokładniej, Polskiego Radia Kielce. Od razu zaznaczę, że nie jest to moja ulubiona stacja, ale przełączyłem na nią uciekając z natłoku powtarzających się w nieskończoność, osłuchanych jak mało które, nudnych lub znanych mi już na pamięć wyrobów piosenkopodobnych. Moją uwagę przykuła pogadanka na temat bardzo poważny, ale jednocześnie wzbudzający uśmiech na mojej twarzy. Nie był to bynajmniej uśmiech szyderczy, choć poniekąd, ten felieton taki właśnie jest.
Debata o - uwaga - NIELUDZKIM traktowaniu karpi, które są sprzedawane przed wigilią. Oszczędzę wam czasu i nie będę pisał wszystkich szczegółów bardzo poważnej dyskusji, która się rozwinęła. Otóż, rozchodzi się o to, że owo NIELUDZKIE (słowo warte podkreślenia) traktowanie karpia nie oznacza masowej hodowli w warunkach uwłaczających jego godności, ani też, przechowywanie ich (oczywiście żywych) w wiaderkach na straganach. Chodzi o coś bardziej bestialskiego (jak nazwał to jeden z zaproszonych do studia gości). Mianowicie o drogę takiego karpia ze sklepu do przysłowiowej wanny.
Otóż, widząc jak Pan Karp pakowany jest w foliowy worek i zabierany przez klientów do domu, dusząc się w reklamówce z braku wody, Towarzystwo Ochrony Nad Zwierzętami postanowiło wnieść protest. Apele o bardziej LUDZKIE traktowanie karpia w tym roku będą jeszcze kampanią informacyjną, w przyszłym zaś - prawną. Zapewne w kolejnych latach kupowanie karpia bez jego magicznej otoczki dającej mu życie skutkować będzie srogimi spojrzeniami strażników miejskich, czy nawet policjantów, którzy będą mogli ukarać sprzedawcę.
Wydawać by się mogło, że zakaz sprzedaży żywego karpia bez wody to kolejny martwy przepis, który - nawet jeśli wejdzie w życie - nie posiadał będzie mocy sprawczej. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Polska Akademia Nauk, a konkretnie Instytut Ichtiologii PAN, opracował bowiem rozwiązanie, które pogodzi prawny oraz etyczny obowiązek nie-bestialskiego dowiezienia do domu Pana Karpia w stanie żywym, a następnie - już z czystym sumieniem właściciela - w równie nie-bestialski sposób zabicia tejże ryby. Mowa o specjalnych pudełkach, ponoć niezbyt kosztownych, w których ryba będzie miała swoją wodę, a także komfort podróżowania bez podkurczonego ogona. To się nazywa LUDZKIE traktowanie karpia :)
A u Was moi Drodzy, Pan Karp żywy w tym roku, czy mrożony?
2010-08-07 20:41:26; Dodaj komentarz (2); Qrczak
Ledwie wróciwszy z dalekich wojaży motocyklowych po Europie, a już zbieram kolejne doświadczenia, zgoła odmienne od tego, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić na wspomnianej wyprawie. Ale po kolei.
"Dalekie wojaże" to sformułowanie nieco na wyrost. Pięciodniowa wycieczka trasą Końskie-Solina-Budapeszt-Poprad-Zakopane-Kraków-Końskie zakończyła się bilansem prawie tysiąca trzystu kilometrów, niecałych trzystu złotych wydanych na paliwo oraz pełnej głowy niezapomnianych wrażeń.
Pierwszy dzień w pełnym, pięciomaszynowym składzie minął bardzo szybko. Pogoda odpowiednia do podróży motocyklem zachęcała do jazdy aż nad samą Solinę. Poszukiwania miejsca do rozbicia namiotów o godzinie 22 zakończyły się pełnym sukcesem. Motocykle w garażu, namioty na podwórku, bezpiecznie jest.
Dzień drugi to już mieszane uczucia. Darowaliśmy sobie pętlę bieszczadzką, ze względu na ulewę, która dopadła nas po raz pierwszy już podczas zbierania namiotów, a po raz drugi - na parkingu Tesco w Humenne na Słowacji. Cóż, szybkie zakupy i kolejne 45 minut oczekiwania pod daszkiem w towarzystwie przemiłych kompanów wyprawy oraz równie niekonfliktowych wózków na zakupy.
Dalsza jazda to już istna loteria. Dwoje z nas wróciło się do Polski. My jadąc dalej modliliśmy się, aby deszcz już nam nie przeszkadzał. Szczęśliwie dojechaliśmy aż za miejscowość Miskolc (Węgry). Pośród drzew znaleźliśmy świetnie położone pole namiotowe. Szczuplejsi o kilkadziesiąt euro i zadowoleni, że udało się dogadać z panem Węgrem (który notabene rozumiał po polsku, ale mówił już tylko po węgiersku), uraczeni piwem i dobrymi żartami, zmęczeni przejechanymi kilometrami, zasnęliśmy bardzo szybko.
NIESPODZIANKA! Szósta rano, pobudka w trybie awaryjnym! Ulewa, mój namiot dzielony z Marcinem zaczął przemiękać. Do tego stopnia, że zdążyło utworzyć się w środku jeziorko o głębokości idealnie wystarczającej do zmoczenia telefonu, butów, kombinezonów. Uratowaliśmy sytuację dużo później, kiedy to w przypływie weny twórczej przykryliśmy namiot... folią, którą miałem pod siodłem. W zamyśle miała służyć do przykrycia maszyn, przydała się jednak do czegoś innego. Po wspólnych naradach przeprowadzonych przy drewnianych ławkach i butelkach węgierskiego piwa, którego nazwa kojarzyła mi się z jakimś polskim imieniem, postanowiliśmy że jak tylko przestanie padać, ruszymy dalej. I tak zrobiliśmy - dopiero o 15-tej warunki się poprawiły.
Chłopaki pojechali dalej, na Chorwację. Ja z Marcinem, jak to było wcześniej ustalone, pojechaliśmy jeszcze za nimi w stronę Budapesztu i wróciliśmy przez Ózd, Poprad do Zakopanego. Swoją drogą, Poprad nocą i serpentyny w drodze na Łysą Polanę są piękne... niestety, całą drogę jechaliśmy w deszczu. Po dojechaniu na miejsce (nocleg wreszcie w ludzkich warunkach u Góralki w Olczy pod Zakopanem) marzyliśmy tylko o gorącym prysznicu i wysuszeniu ciuchów.
I suszyliśmy. Cały następny dzień. Na nic to się zdało, wtorek bowiem znów przywitał nas deszczem i tak już było niemal do samego domu. Połowa wyprawy, ponad 600 kilometrów w warunkach, na które nigdy więcej nie zdecydowałbym się wyjechać motocyklem. Ważne, że nikomu (sprzętom, ani ludziom) nic złego się nie stało!
***
Co miałem na myśli pisząc na początku notki o nowych doświadczeniach? Ano, właśnie wyleguję się w skrajnie innych warunkach niż pole namiotowe za Miskolcem. Nie wiem tylko czy to jest zaleta, czy wada. Pięciogwiazdkowa restauracja hotelowa przywitała mnie kilkoma facetami w garniturach, pijącymi wytrawne wino do kolacji, kilkoma innymi facetami w białych koszulach, którzy wykonywali nerwowe tiki rękoma lub oczami, a całe przywitanie opatrzone było tym, czego nienawidzę najbardziej... wrzaskiem bachorów! Z całym szacunkiem, ale rodzice chyba nie zdają sobie sprawy, że to, co dla nich jest zwyczajną zabawą ich kochanych pociech, dla zwykłego obserwatora może stać się nieznośne nie tylko dla uszu, ale też wywołać oczopląs! Wypatrując biegających między nogami dzieciaków i starając się nie wywalić sałatki z talerza kursowałem między stolikiem a bufetem, mając w myślach tylko jedno - zniszczyć budżet hotelu zjadając najwięcej jak potrafię!
Swoją drogą, dowiedziałem się wreszcie czym różni się pokój w trzygwiazdkowym hotelu od pokoju w hotelu pięciogwiazdkowym. Kto był, ten wie. Dla zaciekawionych śpieszę z odpowiedzią - miękkością materaca (który zapada się na kilkanaście centymetrów pod moim krzywym kręgosłupem), nastrojowym oświetleniem (które zarówno w sypialni, jak i w łazience nastraja do... zintensyfikowania stosunków partnerskich :) ), oraz uwaga - telefonem przy sedesie. Nie żartuję. Siedząc na tak zwanym tronie, możemy zadzwonić gdziekolwiek... na przykład zamówić schłodzonego szampana z ekspresową dostawą do pokoju. No to zdrówko :)
Zastanawiam się tylko po co komu te wszystkie drogie hotele... proporcjonalnie do ilości gwiazdek przy ich nazwie zwiększa się na ich parkingach odsetek samochodów, których wartość przekracza grubo 200 tysięcy złotych, wszystko w środku jest na pokaz, a mimo to restauracja przypomina stołówkę w podstawówce, a w mojej łazience deska od sedesu jest niedokręcona. Skandal!
2009-11-04 23:55:33; Dodaj komentarz (2); Qrczak
Firma konsekwentnie się rozwija. Światło dzienne ujrzała nowa strona Drukarni: DrukarniaPryzmat.pl. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z nową, atrakcyjną ofertą i promocjami na kalendarze 2010 rok. Udanych zakupów :)
2009-11-01 18:56:09; Dodaj komentarz (9); Qrczak
Encyklopedia ludzkich uczuć
- To było dobre dziecko... - przyprószona siwizną pani mówi do drugiej. Przypuszczam, że obie doskonale znają zarówno bohatera swojej rozmowy, jak i okoliczności wyjaśniające dlaczego się tu znalazł. Tu, znaczy, na cmentarzu. Już nie wśród żywych. - Gdyby pani wiedziała jak on wtedy patrzył w naszą stronę jak odjeżdżał...
- Pewnie wcale nie tęsknił. Teraz ta młodzież zupełnie bez uczuć jest.
- A guzik może pani wiedzieć. Ja tam zawsze słyszałam jak matka go chwaliła! W szkole dobrze mu szło, na zakupy chodził, ojcu pomagał remont robić.
- Każda sroka swój ogon chwali. A nie dalej jak w tamtym miesiącu widziałam jak stał na rogu ze swoimi kolegami i palił papierosy. A w tym plecaku to pewnie butelki z piwem miał.
Idę dalej. Nie mam zwyczaju podsłuchiwać zbyt długo, a już na pewno nie w takim miejscu. Skoro o zwyczajach mowa, przed wyjściem z domu wyjrzałem przez okno. Jak co roku, pierwszego listopada, wypatrywałem uważnie łuny światła nad cmentarzem. Zobaczyłem ją i tym razem, lecz wyraźniejszą niż w poprzednich latach. Wiemy, rzecz jasna, skąd ona się wzięła. Czy aby na pewno? Zaintrygowany takim pytaniem, z większą ochotą pospacerowałem między grobowce.
- Cholera jasna, wiedziałem, że musimy się tutaj spotkać z tą starą prukwą - mówi facet do swojej żony, gdy ujrzał zbliżającą się kobietę. Dekorują właśnie pomnik swoich dziadków, lub pradziadków. Stoję przy sąsiednim grobowcu. Niechcący usłyszałem jak mili państwo powitali kogoś ze swojej rodziny tym wyszukanym epitetem.
- Córciu moja! - mówi kobieta - Wspaniale wyglądasz, a ten płaszczyk śliczny jest... tylko ta torebka nie pasuje do butów, no ale gust masz po ojcu przecież...
- Widzę, mamusia nawet na cmentarzu nie może powstrzymać się od komentowania - riposta córki skutkuje chwilą ciszy, którą mąż postanawia przerwać.
- Halinko, postaw ten czerwony obok tego... no tutaj, tego z aniołkiem - po chwili facet sam to robi poirytowany brakiem reakcji. Ale żona natychmiast ustawia znicz po swojemu. Ot, takie drobne różnice poglądów natury estetycznej.
- Ten wieniec nie może leżeć na środku, zasłania napisy!
- To niech mamusia przesunie! A Ty pójdź kupić bukiet chryzantem... wiesz, tych przy głównym wejściu. Ale jakieś większe wybierz... Popatrz, tamci mają te dwa mniejsze, więc najlepiej kup dwa duże.
To nic, że w nocy ma być przymrozek - pomyślałem. Te kilka godzin grobowiec musi być ładny. Tak, żeby ludzie widzieli, że ktoś tutaj pamięta o swoich bliskich. Zapalam znicz. Krótka modlitwa, chwila zadumy.
Pamiętam prababcię, kiedy była chora. Mało wtedy rozumiałem. Nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać, gdzie tak naprawdę zniknęła. Byłem po prostu zbyt młody. A teraz nie wiem, czy umiałbym odpowiedzieć swoim dzieciom na podobne pytanie. Na szczęście nie mam dzieci.
Obok widzę kogoś w białej kurtce, klęczy. Kolor ubrania doskonale kontrastuje z nastrojem chwili. Widzę jak pochyla głowę, modli się, płacze. Jego myśli separują go całkowicie od otoczenia. Tęsknota… chcesz wsiąść do samochodu i pojechać do swej „drugiej połowy”... tymczasem uświadamiasz sobie, że już do niej przyjechałeś... zapalasz jej świeczkę. Powrót do rzeczywistości.
Wracając do auta żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu fotograficznego. Mógłbym stworzyć z ukrycia katalog zdjęć - encyklopedię ludzkich uczuć. Od smutku i przygnębienia, przez neutralność i znudzenie, do skrajnego rozbawienia. Salwa śmiechu zwraca moją uwagę ku dość licznej grupie elegancko ubranych ludzi. Śmieją się, bo sąsiad zza grobu opowiedział kawał. Taki cmentarny dowcip. Ze śmiertelną powagą.
Mnie nie jest do śmiechu. Mijam właśnie malutkie groby. Jeden zupełnie świeży, na tabliczce napis: „Tomek, żył 2 lata”. Temu dziecku nie zdążył nawet przyświecić żaden życiowy cel. Znicze ułożono tak, by tworzyły kształt serca. Podnoszę głowę. Takich rozświetlonych, malutkich grobów jest więcej. Teraz już wiem, dlaczego tegoroczna łuna jest jaśniejsza niż zwykle.
„To było dobre dziecko” - słyszę znów nieopodal.
2009-06-21 18:25:26; Dodaj komentarz (1); Qrczak
Jak widać, moje miejsce w sieci wciąż się rozwija. Od kilku dni strona działa na nowym serwerze, pod nowym adresem: po prostu "qrczak.pl".
Zapraszam również gorąco do odwiedzenia nowej strony firmowej: SalonRelaks.pl, a szczególnie zainteresowanych - do wpisania się do listy subksrybcyjnej, aby być na bieżąco z nowościami w Salonie.
2009-05-23 18:03:28; Dodaj komentarz (0); Qrczak
Instynkty
Człowiek. Istota zamieszkująca planetę Ziemia, mieszkająca samotnie lub w stadzie, charakteryzująca się niezwykłą zdolnością przystosowania się do nowych warunków i równie zaskakującą podatnością na wpływ innych jednostek. Istoty te dzielą się na kilka ras, które same na dodatek podzieliły się między sobą według różnych kryteriów, np. tak zwanej narodowości. Na obecnym etapie naszej wiedzy wiemy, że istota ludzka ma pewne potrzeby, których zaspokojenie zapewnia jej właściwe funkcjonowanie wśród innych ludzi. Jedną z takich potrzeb jest bezpieczeństwo.
Człowiek żyjący w swoim własnym mikroświecie narażony jest na wiele niebezpieczeństw. Czyhają na niego niemal z każdej strony, wszędzie i zawsze. Człowiek ma niesłychaną zdolność robienia sobie krzywdy, co zaprzecza teorii instynktu samozachowawczego istot inteligentnych. Rozpoczynając swoją aktywność ruchową po wschodzie Słońca, przykładowy męski osobnik, rani boleśnie swoją twarz czymś, co kształtem przypomina długopis z nożem na końcu. Ten proces nazywają goleniem. Podczas ubierania się, upada i łamie rękę. Nawet teoretycznie bezpieczne przygotowanie pokarmu skutkuje dokuczliwymi oparzeniami od gorącej patelni. W drodze do pracy ludzie sami wpadają na siebie robiąc krzywdę sobie nawzajem. Pomińmy temat samej pracy, gdyż jest to już niekiedy śmiertelnie niebezpieczne. Załóżmy, że jednostka, bohater naszej opowieści, cudem dotarł w całości do swojego lęgowiska. Tu zaczyna się prawdziwa jazda. Gdyby mało było cierpień fizycznych, rozpoczynają się katusze psychiczne.
Człowiek wśród swoich zdolności posiada też wolną wolę i umiejętność komunikowania się na różne sposoby. Włącza telewizor, czyta gazety, słucha wiadomości w radiu. Dokładnie w tym samym momencie widzimy jak psychicznie czuje się rozgnieciony przez dużo większego przeciwnika jakim jest owa skrzynka z okienkiem zwana telewizorem. Zupełnie jak robak, którego z takim zapałem i zaangażowaniem zabija człowiek, tak on sam teraz widząc wiadomości, czuje się nimi zmiażdżony. Stracił poczucie bezpieczeństwa i nie jest to proces krótkotrwały. Na taki stan rzeczy zapracowały sobie nie tylko władze pełniąc przez kilka ładnych lat swoje obowiązki, lecz także policja, która w teorii powinna takie bezpieczeństwo każdemu zapewnić. Do tej listy dochodzi Urząd Skarbowy, Policja Pracy, ZUS i wiele innych instytucji, które ludzie sami stworzyli przeciw sobie.
Teraz istota ludzka zaczyna liczyć wyłącznie na siebie. Widać to w szczególności na przykładzie Polaków. Takie załamanie psychiki wpływa na wzrost przestępczości, bezrobocia, inflację, ujemny przyrost naturalny i dziurę budżetową. Polacy nie czują się bezpiecznie, bo policja im tego nie zapewnia. "Drogówka" na co dzień inwigiluje kierowców wlepiając mandaty za takie rzeczy, jakie na przykład we Włoszech czy Meksyku są absolutnie dozwolone. Tam na przykład czerwone światło to tylko sugestia, by się zatrzymać. Tak naprawdę ciekawie jest pod tym względem w Indiach. Tysiące jednośladów porusza się w gąszczu dwuśladów o jednym czasie i jednym miejscu. Bez sygnalizacji czy przepisów ruchu. Tak nikt nie słyszał o jakimkolwiek poważnym wypadku. Obserwując ruch uliczny widzimy tylko chaos. Może ten chaos jest właśnie drogą do sukcesu i bezpieczeństwa? Polscy politycy zdaje się nieudolnie próbują im dorównać. Z tą jedyną różnicą, że tam chaos jest pozorny.
Podsumowując, aby zrozumieć skłonności masochistyczne ludzi, należy po prostu zejść na Ziemię.
2009-05-11 13:40:51; Dodaj komentarz (0); Qrczak
Czy media ogłupiają? Rzeczywiście, ucząc się zawodu dziennikarza i zbierając doświadczenia, to stwierdzenie coraz częściej ciśnie mi się na usta. Pominę tu wszystkie tabloidy, które żerują na taniej sensacji, nieprawdziwych „faktach” i plotkach. Niestety, taki trend pojawia się w poważniejszych mediach. A przynajmniej w takich, które się uważają za poważne. Poza tym, nie wymieniając nikogo z nazwiska, ubolewam, że poziom współczesnego żurnalizmu dramatycznie spada. Młody narybek nieudolnie operując językiem ojczystym, próbuje naśladować i dogonić przysłowiowe, ścigające się szczury – starych wyjadaczy. A bycie zauważonym oznacza pracę w jeszcze większym, poważnym piśmie, awans społeczny i większe zarobki (czytaj: bycie gwiazdą). Jakim kosztem?
Tworzenie faktów – brzmi banalnie, a za tymi słowami kryje się największa zbrodnia, jakiej może dokonać dziennikarz w swoim zawodzie. Kreowanie rzeczywistości, ogłupianie społeczeństwa uciekając do najbardziej wymyślnych sztuczek. Znane są przecież incydenty związane z podpaleniami, kiedy to autor depeszy był na miejscu zdarzenia jeszcze przed zaprószeniem ognia.
Czy to wyraz głupoty? Zdecydowanie tak. Do niedawna myślałem jednak, że ta głupota grozi niczego nie świadomym czytelnikom. Okazuje się, że to właśnie czytelnicy świadomie żądają sensacji, a dziennikarze tylko próbują posłusznie spełniać ich oczekiwania. Zachłyśnięci mocą pióra, przedstawiają świat bardziej sensacyjnym, niż jest naprawdę.
Parafrazując pewną reklamę telewizyjną, przypominam wam, moi przyjaciele po fachu, że życie nie dostarcza aż tylu emocji.
2009-05-06 13:10:10; Dodaj komentarz (4); Qrczak
Rewolucyjną metodę sprzątania kaplicy opracował proboszcz parafii pw. Matki Bożej w Klerykowie - ks. Tadeusz Wójcik. W każdy piątek, po wieczornej mszy świętej, specjalnie wyznaczeni parafianie stawiają się w zakrystii, biorą sprzęt do mycia podłóg i... czyszczą całą posadzkę przed sobotnio-niedzielnymi obrzędami.
Na czym polega ta rewolucja? W założeniu księdza proboszcza było "zmobilizowanie wszystkich parafian do wspólnej opieki nad domem bożym, włączanie się w życie kościoła i pielęgnowanie tej tradycji z pokolenia na pokolenie". Tyle teorii. Jak sprawdza się w praktyce? W każdym tygodniu wyznaczanych jest 5 kolejnych rodzin, których obowiązkiem jest przygotowanie świeżych kwiatów, ozdabianie ołtarza, wytarcie kurzy i umycie całej posadzki, z zakrystią włącznie. Niektórzy przychodzą bardzo chętnie i służą pomocą, właściwie dla własnej satysfakcji i zabicia wolnego czasu. Jednak większości mieszkańców ten pomysł nie przypadł do gustu. Coraz mniej rodzin włącza się w podtrzymywanie tej tradycji, pojawia się wiele wątpliwości i negatywnych głosów na ten temat.
- Niech pan sobie wyobrazi, że trzy czwarte ludzi na tym osiedlu pracuje do godzin popołudniowych, wraca się do domu po 16-tej, trzeba obiad ugotować, własny dom posprzątać... na odpoczynek już czasu brakuje, a tu jeszcze trzeba kościół sprzątać! - mówi mieszkanka osiedla Na Wzgórzu, które przynależy do parafii księdza Wójcika.
- Do tej pory sprzątał kościelny i komu to przeszkadzało? - dodaje jej sąsiad.
Proboszcz odpiera zarzuty, jakoby jego pomysł był niepotrzebny.
- Wielokrotnie mówiłem na swoich kazaniach, że podstawą funkcjonowania kościoła powszechnego jest integracja społeczności, która do niego należy. To właśnie staram się wprowadzać w mojej parafii. Wspólne sprzątanie integruje nie tylko sąsiadów między sobą, ale ich wszystkich z kościołem. To nie jedyny z moich pomysłów, jednak z realizacją tych następnych poczekam, aż wybudujemy nowy kościół, którego mury już można obejrzeć za plebanią - mówi.
Imiona i nazwy własne zostały zmienione.
2009-04-24 02:43:30; Dodaj komentarz (4); Qrczak
Jak co dzień, włączam komputer i czerpię inspirację. Chciałem napisać o reklamach, które na większości portali informacyjnych zawsze zajmują 90% ekranu skutecznie utrudniając czytanie kolejnych wstrząsających informacji, ale to byłoby oklepane jak Księżyc. Zresztą, wszyscy muszą jakoś zarabiać, a przecież oczywiste jest, że komercyjne media utrzymują się z reklamodawców. Uniknąwszy popełnienia banału, postanowiłem, że napiszę o odkryciu jedynego na świecie gatunku mrówek, który w procesie ewolucji całkowicie pozbył się samców ze swej - nazwijmy to - społeczności. Po czym, równie szybko jak pomysł się pojawił, wybiłem go sobie z głowy uświadamiając jak opacznie mógłby być taki tekst odebrany. Znudzony swoją nieudolnością, na koniec dzisiejszej przygody z Internetem, szybkie kliknięcie w ulubione i już czytam odebrane wiadomości na naszej-klasie. I tak oto powstał ten tekst.
W fenomenalny sposób portal ten zyskał popularność wśród przedstawicieli kilku pokoleń. Znam przypadki, gdy osoby w słusznym wieku uczyły się obsługi komputera na przykładzie naszej-klasy. I odwrotnie - to nasza-klasa zmusiła ich do nauki surfowania w sieci. Niedługo dzieciaki w drugiej klasie podstawówki będą uczyć się na zajęciach informatyki jak wysyłać sowicie płatne smsy, by na koncie koleżanki z klasy pojawił się prezent w stylu "Lewcio Stefcio", czy "Superkumpela".
Nie wiem czy wiecie, ale na początku u Pana Gąbki nie było żadnych takich bajerów. Baza szkół była ograniczona, dlatego można było je dodawać samodzielnie. Dlatego też zaczęły się pojawiać przeróżne szkoły "lansu i baunsu" z Nibylandii, "studium clubbingu - wieczorowe" itd. Można było dodawać zdjęcia, ale nikt nie słyszał o kupowaniu dodatkowego transferu. Dla desperatów, którzy chcą wrzucać 300 fotek miesięcznie ta opcja jest przydatna, ale kto wykaże się tak wielką cierpliwością do oglądania taaaaaakiej galerii? Skoro już jesteśmy przy galerii - rozumiem albumy, bo ktoś chce posegregować tematycznie te 300 zdjęć. Rozumiem też komentarze pod zdjęciami, pod warunkiem że są ciekawe, śmieszne lub pomysłowe. Ale grzecznie pytam się - po kiego grzyba ocenianie czyichś zdjęć? Miłośników oceniania odsyłam do serwisu Digart.pl. A tych mniej ambitnych - do Fotka.pl.
W przyszłości nie zdziwię się, jeżeli w polu edycji komentarzy pojawi się przycisk do automatycznego zmieniania normalnej pisowni w tzw. PoKeMoNy. Albo domyślne zamienianie słowa "kocham" na "loffciam" albo "tofam". Nie wspomnę o wszelakich słiiitaśnych xD’kach i takich ^^ daszkach, które chyba oznaczają zmrużone oczy? Słuchając czasem najmłodszego pokolenia odnoszę wrażenie, że ich mowa nie różni się niczym od takiego pisadła z użyciem masy emotikon. Chyba się starzeję.
Z ciekawszych pomysłów Pana Gąbki nie należy pominąć wszelkich inicjatyw typu oblewanie profilu wodą, czy topienie marzanny. Ja rozumiem - to propozycja dla najmłodszych, ponieważ z czasem, wraz z liczbą użytkowników znacząco powiększyła się rozpiętość ich wieku. Ale spójrzmy na to ze strony marketingowej. Większa liczba odsłon = większe zyski z reklamy. Logiczne? Pójdźmy dalej. Zastanawialiście się kto najbardziej skorzystał na fenomenie naszej-klasy? Twórcy? Użytkownicy? Otóż nie, moi drodzy parafianie. Najbardziej cieszy się Policja. To doskonała baza danych osobowych, zapewne o wiele bogatsza od zawartości ich służbowych komputerów. Z jednej strony to dobrze - większa rozpoznawalność przestępców, bla bla bla. Jak coś nabroisz, to oni tylko wpiszą imię, nazwisko i już wiedzą z kim się zadajesz i do jakiej szkoły chodzisz. A jak widać na zdjęciu twój dom, to już możesz spodziewać się wizyty dzielnicowego. Zaraz za policjantami z sukcesu Pana Gąbczastego cieszą się właśnie złodzieje. Przeglądając różne profile, bardzo często napotykam bezmyślnie wypełnione pole "telefon". Kierując się zapewne doktryną Wyższej Szkoły Lansu z Nibylandii, taki delikwent pisze, że nosi w kieszeni Nokię lub innego Sony Ericssona, jednocześnie dając wyraźny sygnał jakiej wartości telefon można mu ukraść!
Swoją drogą, gdybym był przeciętnym uczniem podstawówki, miał tyle czasu po szkole co oni, też mógłbym założyć przynajmniej trzy profile, w tym dwa fikcyjne (np. fanklub mrówek z gatunku Macrocephalus smithii, czy już o nich wspominałem?), przyozdobiłbym imię i nazwisko różnymi znaczkami w stylu VIP, kwadracikami, symbolami, kółeczkami i chusteczka wie czym jeszcze... zapisywałbym się do każdej śmiesznej szkoły, którą wyczytam u kogoś w profilu, kolekcjonowałbym setki znajomych i korzystałbym z pełnej funkcjonalności portalu oblewając ich profile wodą, kupując prezenty tym bardziej lubianym, i pisząc słiitaśne komentarze pod każdym z trzystu zdjęć które umieszczają... tylko po co? Owszem, ja też dałem się wciągnąć w zabawę z naszą-klasą, ale obserwując w jakim kierunku się ona rozwija, jestem delikatnie mówiąc zdegustowany. Wolę pojeździć na rowerze, poczytać książki lub napisać taki oto tekst, ku przestrodze, licząc na to, że ktoś go przeczyta i przemyśli.
2009-03-30 17:43:43; Dodaj komentarz (1); Qrczak
Czy macie jakieś pomysły, skuteczne metody lub praktyki, żeby wyszło słońce? Założę się, że większość z Was, podobnie jak ja, funkcjonuje jak bateria słoneczna. Do pełni życia potrzebujemy jak najwięcej światła! Co robić gdy świecenie oczami nie pomaga i promieniujący uśmiech nie wystarczy? Czekam na Wasze komentarze, sprowadźmy wreszcie tę wiosnę :)
2009-03-26 13:44:41; Dodaj komentarz (1); Qrczak
Gdy trzeba pocieszyć
Ludzie zwracają się do innych w tej sprawie, bo ujawnia się w nich nadzwyczajna siła podświadomości. Zauważyłem, także z autopsji, że im bardziej jesteśmy zdeterminowani, by poprawić sobie humor, tym większą rolę ogdrywa podświadomość, by się to nie powiodło. Najtrudniej jest dowartościować człowieka, który leży twarzą na glebie. Zazwyczaj nic z tego nie wychodzi, bo nic się nie da zrobić na siłę. Powiedziałbym nawet, że zazwyczaj osiąga się odwrotny skutek do zamierzonego. Jednemu pomoże byle dowcip, innemu spotkanie z przyjacielem/przyjaciółką i rozmowa w cztery zapłakane oczy. Komuś ulży wypad ze znajomymi na zakupy lub złamanie kilku gałęzi w lesie, innemu z kolei butelka wódki. Ważne, żeby chociaż na chwilę zapomnieć.
Powiem niezbyt odkrywczo, że sprawy krecą się w koło. Życie zatacza okrąg, ale nie powraca do punktu "złego", lecz początkiem i końcem zawsze jest chwila, gdy jest najlepiej. Nie zawsze zależy od nas, jak szybko znów znajdziemy się na dole, ale jak szybko będziemy umieli ruszyć w górę. Im jestesmy starsi, "dojrzalsi", tym poważniejsze mamy problemy, o których nie musieliśmy myśleć będąc dziećmi. Wtedy nie mieliśmy pojęcia co to znaczy zawód miłosny, kłopoty finansowe, pasja, konieczność rezygnacji z czegoś na rzecz czegoś innego. To pojęcia tak abstrakcyjne, że wówczas po prostu nie istniały. Dzisiaj, każdy następny raz, kiedy jakaś negatywna sytuacja się powtarza, odbieramy jako zbiór osobistych błędów, których powinniśmy byli uniknąć, by się to nie powtórzyło... I znów przychodzi moment, kiedy się dołujemy. Dlatego coraz trudniej odbić się od dna. Ale nie należy zapominać, że dno jest właśnie po to, by na nim bezpiecznie wylądować i móc się od niego odbić. Nie można zawsze obwiniać siebie o całe zło współczesnego świata. Przecież bogatsi w doświadczenia, już znamy pojęcie abstrakcji i potrafimy sobie poradzić z przeciwnościami.
Czym są owe przeciwności? Czy zaczynają się one w chwili...
kiedy spalisz dowcip przy znajomych?
kiedy ktoś wybije szybę w twoim samochodzie?
kiedy ty wybijesz komuś szybę?
kiedy twój pies ugryzie sąsiada?
kiedy chłopak lub dziewczyna cię rzuci?
kiedy nie nauczyłeś się na egzamin?
kiedy stracisz pracę?
Czy może...
kiedy ktoś nie ma pieniędzy na operację ratującą życie jego bliskiemu?
kiedy ktoś straci obie ręce w wypadku?
kiedy ktoś nie ma gdzie mieszkać?
kiedy ktoś nie ma już NADZIEI?
Zastanów się... Uwierz w siebie, gdy inni przestają wierzyć. Uśmiechaj się, gdy inni się smucą. Unieś głowę wysoko do góry i powiedz sobie "warto być optymistą". Łatwo powiedzieć, racja. Nieco wprawy i przekonasz się, że jeszcze łatwiej to zrobić. Usuń ze swojego słownika wyraz "problem" i zastąp je słowem "wyzwanie". Życie nagle stanie się bardziej podniecające i interesujące. Uśmiechnij się, to kosztuje mniej od elektryczności, a daje o wiele więcej światła.
Błękitne niebo, srebrzyste obłoki, śpiew skowronka, odbicie drzew w krystalicznie czystej wodzie jeziora, zachód Słońca nad morzem, rozgwieżdżone niebo. Kiedy ostatni raz je widziałeś? Nie dopuść do głosu swojej podświadomości. POMYŚL, nim znów postanowisz mieć "doła".
2009-03-24 21:57:24; Dodaj komentarz (2); Qrczak
Od dziś możecie dodawać komentarze do wszystkich notatek. A tych będzie przybywać, nieco zmienia się bowiem profil tej strony. Zapraszam więc do odwiedzania i wyrażania opinii.
PS. Dzięki dla Impressiveworks!
2009-03-10 17:11:16; Dodaj komentarz (4); Qrczak
Kiedy fikcja staje się prawdą...
***
- Nie Miśku, dziś się nie zobaczymy... muszę posprzątać w domu.
To usłyszawszy, postanawiam spędzić ten wieczór w gronie rodziny. Kilkadziesiąt kilometrów za miastem, na naszym prywatnym rancho. Tam nigdy nie można narzekać na nudę. Zazwyczaj puste, ogromne podwórze z dwoma domkami (i jeszcze jednym na drzewie) staje się nagle takie... no właśnie... Ciasne na pewno nie, pomimo ośmiu samochodów zaparkowanych w dwóch rzędach. Przeludnione także nie jest, pomimo dwudziestu kilku ludzi, rozproszonych w sobie tylko wiadomych kierunkach. Na pewno staje się pełne życia i tego klimatu, dla którego od zawsze mnie tam ciągnie.
- Co robisz?
Niewiele się zastanawiając, odpisuję na sms-a, że nic innego nie zaprząta mi głowy, prócz tęsknoty. Oczywiście nie kłamiąc, dodaję, że aktualnie przegrywam kilkoma punktami w koszykówkę z moimi ulubionymi siostrzeńcami. A nawet jedną siostrzenicą.
Swoją drogą, Kasia (bo tak na imię siostrzenicy), ma grację i prezencję fotomodelki, co natychmiast utrwalam swoim aparatem cyfrowym, a następnie sprzedaję szczęśliwemu ojcu. Wujkowi znaczy. Oczywiście jest dumny i zadowolony z wykonanych zdjęć, żywo komentuje nie szczędząc komplementów... pod adresem fotografa, który potrafił utrwalić jego tak wielce dynamiczną córkę, w jakże statycznym kadrze. W dodatku nadając fotografii artystyczną duszę. Zrozumiała sprawa, w końcu Kasia też jest z siebie dumna!
Odbieram telefon. To mój przyjaciel. Mówi, żebym usiadł. - Jasne - odpowiadam, po czym jak zwykle go nie słuchając, sięgam po rakietkę do badmintona.
- Twoja dziewczyna właśnie weszła do domu... - powiedział, po czym natychmiast usłyszał moją ripostę, że to nic dziwnego, skoro ja jestem tu, a ona tam. Sprząta swoje cztery kąty...
- ...ona wchodziła do czyjegoś domu! Szła z jakimś kolesiem za rękę! - wydusił z siebie radosną nowinę, a następnie zdradził mi kilka pikantnych szczegółów, które miał okazję zaobserwować kilka minut wcześniej... Jako, że jest niedziela, postanawiam nie psuć sobie rodzinnej sielanki. Tym bardziej, że w perspektywie najbliższej godziny mamy zacząć wspólne pieczenie kiełbasek przy ognisku.
***
- Cześć Ela. Będziesz za pół godziny przy fontannie? Chciałbym chwilkę pogadać, ale nie mam dużo czasu, bo muszę załatwić kilka spraw w mieście.
Przyszła za godzinę. Dostała czerwoną różę. Pierwszą i zarazem ostatnią, jaką miała szansę ode mnie dostać. Od tamtej pory już jej nie widziałem.
***
Brzmi znajomo? Może nawet ktoś z was miał podobną sytuację?
Chyba każdy zna pojęcie FIKCJI LITERACKIEJ. To właśnie jest (lub może być kto wie, czy ta historia jest prawdziwa?) przykład takiej fikcji. Fikcji, która może stać się, lub kiedyś już stała się rzeczywistością. To cienka, niezauważalna granica, którą wszyscy znamy, prawie wszyscy przekraczamy, większość o niej tylko słyszała, połowa z nas o niej nie pamięta, wreszcie prawie nikt już nie zauważa
nie tylko dlatego, że jest cholernie niewyraźna! Dlatego, że kłamstwo (a zatem - fikcja także) powtarzane wiele razy, staje się prawdą. W tym cały problem. Fikcyjne związki, fikcyjne pocałunki, fikcyjne spojrzenia, gesty... Fikcyjne zdrady.
Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby głos serca szedł zawsze w parze ze wskazówkami rozumu, i odwrotnie. To może się dziać tylko w bajkach. Przychodzi moment, kiedy wkradasz się do tego bajkowego świata; świata fikcji, gdzie recepta na idealny, trwały, stateczny związek jest prosta jak obsługa kuchenki gazowej. Nie ma tu miejsca na zabawę czyimiś uczuciami, nieznane jest pojęcie zranionego serca. Swoją "drugą połówkę" kochasz za to, że jest przy tobie zawsze, gdy tego najbardziej potrzebujesz. Za to, że wspólnie uzupełniacie swoje charaktery, zawsze potraficie się zrozumieć i porozumieć. Kochasz nie za zalety, lecz pomimo wad!
Wtedy pojawia się coś jeszcze... Jest nieuniknione, uderza każdego... Tęsknota. To narastająca chwila, kiedy oddech staje się płytki, coraz płytszy.
Pojawia się skurcz w żołądku, który nasila się za każdym razem, gdy uruchamia się wyobrania. Tysiące myśli na sekundę, z przewagą tych mniej optymistycznych. Z każdą chwilą, z każdą minutą coraz gorzej jest się skupić na tym, co robisz. Zauważasz, że zaczynasz wykonywać nerwowe ruchy: tupanie nogami, stukanie palcami po biurku. Robisz to nieświadomie. Myśli nie pozwalają słuchać, co mówi do ciebie osoba stojąca tuż obok. Cokolwiek wziąłbyś do rąk, natychmiast upada to na podłogę, podczas gdy byłeś przekonany, że trzymasz mocno... Wreszcie wstajesz! Nie możesz usiedzieć w jednym miejscu! Ze wszystkich sił pragniesz wsiąść do samochodu i pojechać do swej drugiej połowy... tymczasem nie jesteś w stanie nawet trafić kluczykiem do stacyjki...
Objawy ustępują natychmiast, gdy poczujesz znajomy dotyk, ten zapach, i ujrzysz to spojrzenie, które cię zauroczyło. Tęsknisz... i w tej chwili uzmysławiasz sobie, że to już dawno przestało być fikcją...

